Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania Główne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania Główne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 grudnia 2017

Tacos z puree z batata, kaczką i salsą pomelo


Pierwszego stycznia pewnie każdy powie "Melo, melo i pomelo". Zanim jednak to nastąpi, warto przygotować sylwestrowe  przekąski! Niezależnie od waszych planów trzeba coś najpierw wrzucić na ruszt. Proponuję zacząć od kaczki dziwaczki zamarynowanej wcześniej w soku z pomarańczy i kminie rzymskim. Dalej można już kminić dodatki: puree z batata, salsę z pomelo i habanero. Nawet jeśli po pierwszym kielonku poczujecie się jako tako to na pewno zasmakuje Wam tacos. W końcu nic tak nie rozbudza w trakcie melanżu jak pikantny taniec smaków!


Tacos z puree z batata, kaczką i salsą pomelo
  • 4-6 małych tortilli
Kaczka:
  • 2 piersi kaczki
  • łyżka skórki z pomarańczy
  • 2 łyżki soku z pomaraczy
  • łyżeczka mielonego kminu rzymskiego Kotanyi
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki Kokatani
  • sól, pieprz
  • łyżka oleju rzepakowego
Puree z batata:
  • 1 duży lub 2 małe bataty
  • łyżeczka skórki z pomarańczy
  • łyżka soku z pomarańczy
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego Kotanyi 
  • 1/2 łyżeczki kruszonego chilli jalapeno Kotanyi
  • sól, pieprz
Salsa pomelo:
  • miąższ z owocu pomelo
  • sok z 1/2 limonki
  • łyżka kruszonego chilli jalapeno Kotanyi
  • garść listków świeżej mięty 
  1. Piersi kaczki nacinamy ostrym nożem w kratkę od strony skóry. Łączymy ze sobą wszystkie przyprawy ze skórką pomarańczową i nacieramy nimi mięso. Piersi przekładamy do misy lub foliowej torebki, dodajemy sok z pomarańczy i olej, mieszamy i zostawiamy w lodówce na minimum godzinę.
  2. W tym czasie gotujemy bataty we wrzącej, posolonej wodzie. Gdy będą miękkie (po kilkunastu minutach) odcedzamy z wody, dodajemy skórkę i sok z pomarańczy oraz przyprawy. Zgniatamy tłuczkiem do ziemniaków.
  3. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. 15 minut przed smażeniem kaczki wyciągamy mięso z lodówki. Rozgrzewamy żeliwną patelnię. Kładziemy mięso skórą ku dołowi i smażymy przez 5 minut (w tym czasie wytopi się tłuszcz). Odwracamy na drugą stronę i smażymy 4 minuty. Następnie polewamy z wierzchu kaczkę wytopionym tłuszczem i wkłada patelnię do piekarnika. Pieczemy 10 minut. Następnie kładziemy piersi na desce i zostawiamy na kilka minut przed krojeniem.
  4. W czasie pieczenia mięsa łączymy pokrojone w kostkę pomelo z kruszoną papryczką jalapeno, sokiem z limonki i miętą.
  5. Na rozgrzanej patelni podgrzewamy tortille, smarujemy je puree z batata, układamy plastry kaczki i dekorujemy salsą z pomelo.
Tosia

czwartek, 10 grudnia 2015

Ryba po grecku


W moim domu rodzinnym, w okolicy świąt, zawsze gdzieś plącze się w lodówce zamówiona na tę okazję ryba po grecku. Rzadko która jednak smakuje tak, jak powinna smakować. Zanim w ogóle spróbuję, już uzbrajam się w cytrynę, dodatkową porcję koncentratu pomidorowego, pieprz, tabasco i sól. Nie mogę cieszyć się moją rybą zanim jej porządnie, po swojemu nie doprawię.

Muszę się wam przyznać, że oprócz numerów z doprawianiem, nigdy ryby po grecku nie zrobiłam od początku do końca sama. Nie wiem co mnie powstrzymywało, może łatwy dostęp do tej "domowej"? Nie mniej jednak melduję, że dzisiaj nadrobiłam zaległości i ta właśnie ryba zdecydowanie częściej będzie gościć na moim stole, niż tylko od święta.



Po dorsza wybrałam się tym razem nie na ryneczek, ale do delikatesów rybnych Gadus. Ryba była naprawdę pyszna i jędrna. Idealnie pasowała do tego co miałam z niej zrobić. Bo w rybie po grecku równie ważne jak sam sos jest dobra panierka. A jak wiadomo jest wtedy duże ryzyko, że ryba się rozleci przy smażeniu. Ale nie tym razem! Stworzyłam wersję idealną dla mnie, z mocno wyczuwalną cytryną i bardzo pomidorową. Dodałam też coś mało tradycyjnego- imbir i cynamon. No i ta panierka odklejająca się od ryby razem z sosem... bajka!:)

Ryba po grecku (ok. 8-10 porcji)

- 1 kg filetów z dorsza (ok. 8-10 filetów)
- 5 łyżek mąki
- 3 jajka
- 10 łyżek bułki tartej
- sól, pieprz
- 2 łyżki masła
- 2 łyżki oleju
- sok z połowy cytryny

- 3 marchewki
- 1 pietruszka
- 4 liście laurowe
- 1 duża cebula
- 3-centymetrowy kawałek świeżego imbiru
- 3 łyżki koncentratu pomidorowego
- 1 łyżka suszonego oregano
- 1 łyżka mielonej słodkiej papryki
- pół łyżeczki cynamonu
- 1 łyżka miodu
- 1 łyżka sosu sojowego
- 1 łyżka masła
- sok z połowy cytryny
- tabasco
- sól, pieprz

  1. Rozgrzej piekarnik do 200 stopni. 
  2. Zetrzyj marchewkę i pietruszkę na grubej tarce. W garnku zagotuj wodę 1 łyżką soli i liśćmi laurowymi. Gotuj ok. 25 minut, a następnie odcedź na sitku i odstaw na później. 
  3. Cebulę pokrój w piórka, rozgrzej na patelni 1 łyżkę masła i zacznij smażyć. Smaż aż się zeszkli a następnie dodaj ugotowaną marchewkę z pietruszką, zetrzyj świeży imbir na tarce, dodaj koncentrat pomidorowy, oregano, słodką paprykę, cynamon, miód, sos sojowy, sok z cytryny i tabasco. Dopraw solą i pieprzem do smaku i smaż jeszcze kilka minut. 
  4. Przygotuj 3 miski. Do jednej nasyp mąkę, do drugiej bułkę tartą w do trzeciej wbij jajka i roztrzep widelcem. 
  5. Posól i popieprz filety z dwóch stron i po kolej zamaczaj z dwóch stron w mące, jajku, a następnie w bułce. 
  6. Na patelni rozgrzej łyżkę masła i oleju. Układaj obtoczone filety na patelni i smaż aż panierka nabierze złocistego koloru. Ryby jeszcze nie dojdą do końca w środku, ale będą się jeszcze piec w piekarniku, więc się tym nie martw. 
  7. Zrób drugą partię filetów, znowu rozgrzej masło i olej i usmaż z dwóch stron. 
  8. Usmażone filety ułóż w naczyniu żaroodpornym i zalej sokiem z połowy cytryny. Nałóż sos na filety i wsadź do piekarnika na 15 minut. 
  9. Wyjmij z piekarnika, możesz jeść na ciepło lub zimno. Najlepiej będą smakować po jednym dniu, jak trochę przejdą smakiem. 
Śliwka


środa, 25 listopada 2015

Near & Far + Zupa z pora na mleczku kokosowym


Wszystko zaczęło się od fasoli. Pięknej, błyszczącej, uśmiechającej się do mnie prosto ze straganu. Chwyciłam ją zuchwale, zapominając na te kilka minut, że fasoli tak nie znoszę, że po prostu nie mogę jej przełknąć. Może podświadomie uznałam, że czas się z nią pogodzić. A może po prostu mam słabość do mojego ulubionego Pana z rynku, który za pomocą swojego uroku osobistego i technik manipulacyjnych potrafi sprzedać mi dosłownie wszystko. 

Latem, gdy nakładałam do siatki kilogramy ulubionych pomidorów (samoobsługa!) dorzucał za darmoszkę dwie główki czosnku i zawieszał mi na uszach czereśnie. Innym razem dostałam garść marchwi "dla dzidzi", pęczek koperku i bawole serca, na spróbowanie. I choć nadeszła zima i pomidory nie smakują już jak zawsze, ten jeden, który wcisnął mi niepostrzeżenie do wózka, gdy nakładałam marchewkę smakował jakby lepiej. Uznałam więc, że i fasolka przejdzie. 


Nie mam z nią żadnego doświadczenia, bo nie umiem gotować rzeczy, których nie lubię. Nie jestem z tych, które potrafią kulinarnie zadowolić innych omijając siebie. Taka już ze mnie gastroegoistka. Aby oswoić fasolkę sięgnęłam więc do stosunkowo nowej pozycji na mojej półce- Near & Far Heidi Swanson, którą możecie znać z bardzo lubianego przeze mnie bloga 101 cookbooks.

Miałam już jej wcześniejszą książkę "Super natural every day", lecz tamta zupełnie mnie nie zainteresowała. Miękka okładka, nieciekawe, mało apetyczne zdjęcia, kompletnie różniła się od tego, co Heidi prezentuje na swoim blogu. Choć niektórzy przekonywali, że lepiej nie oceniać jej po (miękkiej) okładce, ja jednak nic nie poradzę na to, że książki kulinarne najpierw przeglądam, a dopiero po pozytywnym zdaniu tego pierwszego egzaminu, zabieram się za zgłębianie warstwy merytorycznej.

Nie chciałam kupować Near & Far, przyznaje się bez bicia. Właśnie z powyższych powodów. Jednak, gdy usłyszałam, że jest zupełnie inna, zaryzykowałam. I dobrze, bo dziś nie wyobrażam sobie mojej półki bez tej pozycji. Pięknie wydana, od okładki zaczynając, po zapach kartek i zdjęcia w środku. Bardzo w stylu bloga Heidi. A warstwa merytoryczna? Rzadko mam tak, że z książki mam ochotę ugotować dosłownie wszystko, a tu dodatkowym atutem jest podzielenie jej na części świata- San Francisco (Near), Maroko, Japonię, Włochy, Francję i Indie (Far).  


Korzystając więc z okazji chciałabym wam tę książkę polecić z całego serca. Szczególnie teraz, gdy zbliżają się święta, a może część z was nie ma jeszcze pomysłu jak tu obdarować waszych kulinarnie ukierunkowanych znajomych. To prawdziwy must- have na półce każdego prawdziwego smakosza i osoby zakochanej w tak pięknej estetyce. A żeby trochę wam przybliżyć z czym mamy do czynienia postanowiłam właśnie z tej książki przygotować moją ucztę z fasolką.

Przepisów z nią w roli głównej było kilka, ja wybrałam zupę z pora. Choć jestem zaprzyjaźniona z mleczkiem kokosowym nie pomyślałabym chyba o połączeniu z nim pora. Całość pływa w cytrynowo-koperkowym aromacie. Prawdziwą wisienką na torcie są chrupiące, podprażone orzechy laskowe. Pyszne, rozgrzewające danie na jesień. U mnie spokojnie pełni rolę pożywnego obiadu.


Zupa z pora na mleczku kokosowym wg Heidi Swanson* (4 porcje)

- 2 pory (biała część)
- 200 g ugotowanej białej fasoli (lub tyle samo białej fasoli z puszki, po odsączeniu)
- 2 łyżki masła klarowanego
- skórka z 1 cytryny
- 1 litr wody
- 1,5 łyżeczki soli
- 150 ml mleczka kokosowego
- 210 g kalafiora (podzielonego na różyczki)
- 140 g makaronu jajecznego (gotowego lub z przepisu poniżej)
- 30 g orzechów laskowych
- mała porcja szczypiorku i koperku**

Makaron jajeczny***:
- 2 jajka
- 50 ml mleka
- 2 szczypty soli
- pieprz

Makaron jajeczny: pomieszaj trzepaczką składniki, rozgrzej olej na patelni i usmaż z dwóch stron kilka naleśników. Wystudzone i wytarte ręcznikiem papierowym z tłuszczu naleśniki ułóż jeden na drugim i pokrój w paski jak makaron. Odstaw na później do zupy.

Zupa:

  1. Najpierw przygotuj orzechy. Pokrój je na pół i podpraż na suchej patelni aż lekko zbrązowieją. Odstaw na później.
  2. Pokrój pora w piórka i usmaż przez około 7 minut na maśle klarowanym. Po upływie tego czasu zetrzyj do garnka również skórkę z cytryny (wcześniej ją wyszoruj i wyparz). Smaż jeszcze minutę. 
  3. Dodaj wodę i sól i zagotuj. Gdy zacznie się gotować, dodaj ugotowaną fasolkę, mleczko kokosowe i sok z cytryny i ponownie zagotuj. 
  4. Gdy ponownie się zagotuje dodaj kalafior i makaron jajeczny i gotuj jeszcze minutę. 
  5. Wykończ każdy talerz orzechami, odrobiną szczypiorku i koperku. 


* z moimi drobnymi zmianami
** w przepisie znajdował się jeszcze brązowy ryż, ale ja z niego zrezygnowałam, gdyż obecność fasoli i makaronu jajecznego wydawała mi się już wystarczająca
**przepis mój

Śliwka

czwartek, 27 sierpnia 2015

Obiady czwartkowe #14: Kotlety de volaille z masłem kurkowym + ptysie z batatów + cukiniowe wstążki




Jakoś tak się złożyło, że od kilku lat, w każdym sezonie ślubnym bywamy z Pawłem na chociaż trzech weselach. Znajomi, którzy raczej nie są zapraszani na wesela śmieją się, że chodzimy na nie co tydzień. To zupełnie nieprawda, ale na nie jednej imprezie weselnej byliśmy.

Wiadomo, że są sprawy ważne i ważniejsze w tak piękny dzień dla każdej młodej pary i gości, ale nic na to nie poradzę, że z zainteresowaniem śledzę co pojawia się na stole. Oczywiście oprócz alkoholu :)

Obstawiam, że najpopularniejszą potrawą na weselnym stole jest Strogonow, czyli zupa gulaszowa, zazwyczaj serwowana po oczepinach, czyli już po północy. Z kolei Paweł uważa, że typowo weselnym daniem są kolety de volaille. Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy je w trakcie takiej uroczystości zaserwowano, ale niech mu będzie. Po wyjściu z imprezy często podsumowuje, że było super, ale szkoda, że bez "dewolaji". W związku z tym postanowiłam mu sprawić przyjemność i zrobić je na obiad.

Lubię prostotę w kuchni, ale tak już mam, że jak przygotowuję klasyczną potrawę to staram się ją urozmaicić po swojemu. Nie od dziś wiadomo, że najważniejszym punktem programu jedzenia "dewolaji" jest przecinanie ich w taki sposób, aby wypływało ze środka masło. Postanowiłam, że tym razem będzie to masło kurkowe! Chyba nie muszę pisać, że wyszło fantastycznie? Żałuję tylko, że miałam za mało kurek, aby masło połączyć jeszcze z małymi grzybkami w całości.

Wadą kotletów jest smażenie ich na głębokim tłuszczu oraz panierka, dlatego zdecydowałam, że odrobinę jej odchudzę. Co prawda podsmażyłam je na patelni, ale bardzo krótko, a przez resztę czasu dochodziły już w piekarniku.

Oprócz mięsnej gwiazdy obiadu, zaserwowałam też do przegryzienia ptysie batatowe, czyli mus z batatów przeciśnięty przez szprycę i krótko podpieczony w piekarniku.

Zielonym dodatkiem były cukiniowe wstążki z czosnkiem, suszonymi pomidorami i parmezanem.

Pieczony kotlet de volaille z masłem kurkowym
Masło:
  • 100 g masła + łyżka
  • 100 g kurek
  • mała cebula
  • łyżeczka oliwy
  • rozmaryn
  • łyżeczka miodu
  • łyżeczka octu balsamicznego
  • ząbek czosnku
  • sól, pieprz
Kotlety:
  • 6 małych piersi kurczaka
  • 2 jajka
  • 2 łyżki jogurtu naturalnego
  • mąka pszenna
  • bułka tarta
  • 3-5 łyżek oleju roślinnego np. rzepakowego
  • łyżeczka ostrej lub słodkiej papryki
  • sól, pieprz
 Ptysie z batatów:
  • batat (ok. 350 g)
  • żółtko
  • sól, pieprz
  • papryczka chilli
Cukiniowe wstążki
  • cukinia
  • 3 suszone pomidory
  • ząbek czosnku
  • łyżka oliwy
  • 3 łyżki tartego parmezanu
  • sól, pieprz
Masło:
  1. Na łyżce oliwy i łyżce masła podsmażamy pokrojoną drobno cebulę. Dodajemy umyte i osuszone kurki, zwiększamy ogień i smażmy 5 minut.
  2. Dodajemy ocet balsamiczny, miód, sól i pieprz. Karmelizujemy jeszcze 3 minuty, następnie studzimy.
  3. Ostudzone kurki miksujemy z miękkim masłem, posiekanym czosnkiem i rozmarynem na gładkie masło.
  4. Masło dzielimy na 6 części, każdą z nich wykładamy na folę spożywczą i zawijamy tworząc rulonik.
  5. Rulony z masła wkładamy do zamrażalnika na 20 minut lub do lodówki na minimum 40 minut.
  6. Przed wkładamy ich do kieszonek z kurczaka, odwijamy je z folii spożywczej.
Kotlety:
  1. Umyte i pozbawione błonek piersi kładziemy na desce i cienkim nożem robimy wgłębienie tworząc kieszonkę, uważając, aby dziura została tylko  w miejscu wbicia.
  2. Wkładamy do środka roladkę z masła i spinamy wykałaczką w miejscu nacięcia.
  3. Tak przygotowane kotlety przyprawiamy solą i pieprzem z dwóch stron.
  4. Jajka rozbełtujemy z jogurtem, na talerz wsypujemy mąkę, a na drugi talerz bułkę tartą z papryką.
  5. Kotlety obtaczamy w mące, następnie w masie jajecznej i w bułce tartej. Kładziemy je na rozgrzanym tłuszczu i smażymy po ok. 2-3 minuty na stronę. Następnie przekładamy na blachę do pieczenia i wkładamy do rozgrzanego piekarnika.
  6. Pieczemy przez 10 minut w 180 stopniach.
Ptysie z batatów:
  1. Batata obieramy, zalewamy wodą, dodajemy sól i gotujemy przez kilkanaście minut, aż będzie miękki.
  2. Odcedzamy na sicie i zostawiamy na chwilę do ostygnięcia. Następnie miksujemy z żółtkiem, posiekanym chilli, solą i pieprzem.
  3. Masę przekładamy do szprycy i wyciskamy z niej na blachę (wyłożoną pergaminem) małe ptysie. 
  4. Wkładamy blachę do piekarnika i pieczemy 10 minut w 200 stopniach.
 Cukinia:
  1. Cukinię kroimy wzdłuż przy pomocy obieraczki na cienkie wstążki.
  2. Na oliwie podsmażamy kawałki suszonych pomidorów, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i smażymy minutę.
  3. Dodajemy wstążki z cukinii, sól i pieprz. Podsmażamy przez ok. 5 minut.
  4. Cukinię posypujemy tartym parmezanem. Serwujemy na ciepło lub na zimno.
 Tosia

środa, 20 marca 2013

Red hot chilli tofu


Nie będę zbyt oryginalna narzekając na pogodę. Chyba każdy spodziewał się wiosny, a tu taka niespodzianka. Znowu muszę wstawać 15 minut wcześniej, żeby zdrapywać lód z szyby samochodowej. No dobra, inaczej- znowu spóźniam się 15 minut do pracy przez konieczność zdrapywania lodu z szyby. 

Jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się nad posadzeniem rzeżuchy, kwintesencji wiosny, a teraz znowu myślę tylko o rozgrzewaczach. Po pracy biegnę do domu zmarznięta i głodna, szykuję sobie szybko zupę krem i gorącą kąpiel. Dopiero po takiej kuracji wracam do życia.

A gdy znowu odzywa się głód, zamiast lekkich wiosennych twarożków, które kilka dni temu wróciły na mój talerz po długiej nieobecności, mam ochotę na gorący konkret. Idealnie sprawdza się ostre tofu szybko podsmażone na woku z papryką. Czerwone i ostre, aż się prosiło o swoją charakterystyczną nazwę. 

Red hot chilli tofu (2 duże porcje)

- 300 g wędzonego tofu

- 3 ząbki czosnku
- 3 cm imbiru
- 1 czerwona papryka
- świeża kolendra
- garść orzeszków ziemnych
- olej- do smażenia

Sos:

- 200 g przecieru pomidorowego
- tabasco
- 2 łyżki sosu sojowego
- 1 łyżka syropu klonowego/miodu
- 1 łyżka octu balsamicznego
- pół łyżeczki cynamonu
- sól, pieprz

  1. Przekrój paprykę na pół, wykrój gniazda nasienne i pokrój ją na średniej wielkości kawałki. Odłóż na bok.
  2. Tofu odsącz i pokrój na grube kwadraty. Odłóż na bok.
  3. Czosnek obierz i imbir obierz ze skórki i drobno poszatkuj. 
  4. Wlej przecier do małego garnka. Zagotuj na małym ogniu. Dopraw sosem sojowym, syropem klonowym (możesz użyć miodu), octem balsamicznym, cynamonem, solą i pieprzem. Dodaj tabasco wedle uznania- danie powinno być mocno ostre. Utrzymuj gorący sos na małym ogniu, co jakiś czas mieszając.
  5. W woku rozgrzej olej. Gdy będzie gorący wrzuć do środka czosnek i imbir. Mieszaj aż lekko zbrązowieją. Dodaj tofu i smaż kilka minut aż zbrązowieje z dwóch stron.
  6. Dodaj paprykę. Smaż jeszcze ok. 3 minuty. 
  7. Zdejmij woka z ognia i od razy wlej gorący sos. Powinien momentalnie odparować. 
  8. Nakładaj porcje do miseczek, posypując świeżą kolendrą i poszatkowanymi orzechami ziemnymi. 
Śliwka



piątek, 11 stycznia 2013

Włoski tydzień #5: Gnocchi z królikiem i szałwią


Zdaję sobie sprawę jak nietypowo zabrzmi to zdanie, ale od kilku miesięcy nie mogę przestać myśleć o gnocchi z królikiem. Od kiedy odkryłam to połączenie w jednej z warszawskich restauracji zakochałam się na dobre. Idealne, miękkie mięso z królika i tak samo rzadko spotykane okrągłe gnocchi. Do tego świeże zioła, które niczym most łączą te dwa smaki. No pycha:)

Gdy zdecydowałyśmy z Tosią zorganizować na blogu "Włoski tydzień", uznałam, że to najlepsza okazja, żeby wreszcie zrealizować moje odkładane na później plany. Ruszyłam więc w miasto na poszukiwanie królika. Przejechałam wszystkie supermarkety w Trójmieście. Sarna, jeleń, perliczka, zając, a królika ani śladu. Zdążyłam się przyzwyczaić, że zawsze gdy czegoś szukam, akurat znika z półek (i oczywiście pojawia się na nich dzień później, gdy już tego nie potrzebuję). Ponieważ ślubowałam sobie od nowego roku zachowanie spokoju, zanuciłam tylko pod nosem "kiedyś cię znajdę..." i zaczaiłam się na niego parę dni później. Udało się:)

Królik sprzedawany jest w całych tuszkach, co może rodzić problemy z podzieleniem go na porcję. Z pewnością pomoże Wam ten filmik, którym i ja się podparłam. I prawdę mówiąc nie zgłębiłam tematu jedzenia królików przez rodowitych włochów, ale z pewnością zadowolili by się takim pysznym dodatkiem do ich rodzimego gnocchi. 

Gnocchi z królikiem i szałwią (4 porcje)
- 1 tuszka królika (moja miała 1,4 kg)
- 1 główka czosnku
- 1 cebula
- 750 ml białego wina
- 1 por (zielona część)
- 1 marchewka
- 1 pietruszka
- 1 jabłko
- garść zielonej pietruszki
- 1 łyżeczka ziaren pieprzu
- 2 liście laurowe

Gnocchi
- 5 średnich ziemniaków
-  1 kubek* mąki
- 2 łyżki oliwy
- odrobina startej gałki muszkatołowej
- 1 żółtko
- 1 łyżeczka soli
- pieprz

- garść liści szałwii
- 1 cebula
- pół marchewki
- 70 g masła
- świeżo starty parmezan

  1. Podziel królika na części (jak na wyżej wspomnianym filmie) i wrzuć do miski z osoloną zimną wodą na ok. pół godziny. Wyjmij i osusz na papierowym ręczniku.
  2. W dużym garnku rozgrzej na dnie oliwę z oliwek. Przekrój główkę czosnku na pół wzdłuż (nie musisz obierać skórki), cebulę pokrój na mniejsze kawałki. Wrzuć do garnka i smaż kilka minut na małym ogniu.
  3. Włóż kilka kawałków mięsa do garnka i obsmaż. Możesz zrobić to w kilku turach, jeśli twoje części mięsa nie mieszczą się na dnie na raz. Obsmażone z dwóch stron części mięsa wyjmij na talerz, aby zrobić miejsce na następne (jeśli nie smażysz wszystkich od razu). 
  4. Włóż całe mięso z powrotem, do garnka wrzuć jeszcze pokrojone: por, marchewkę, jabłko i pietruszkę. Dodaj również zieloną pietruszkę, ziarna pieprzu i liście laurowe. Całość zalej winem. Jeśli wino nie pokrywa wszystkich składników w całości dolej tyle wody, aby je zakrywała. Gotuj na małym ogniu przez ok. 45 minut.
  5. Przez ten czas przygotuj gnocchi. Ziemniaki obierz ze skórki, wrzuć do garnka, zalej wodą, dodaj sól. Gotuj aż będą bardzo miękkie, wręcz rozgotowane. Następnie odcedź i odstaw do wystygnięcia.
  6. Do ostygniętych ziemniaków dodaj oliwę, sól, pieprz i gałkę. Dopraw do smaku. Dodaj żółtko i mąkę. Zagnieć, aby uzyskać jednolite ciasto. Odstaw na bok.
  7. Po upływie czasu gotowania królik, odłóż powstały bulion na bok, a mięso wyjmij na talerz. Gdy mięso ostygnie porwij je rękami na małe kawałki i przygotuj sobie w misce do późniejszego usmażenia. Przygotuj również startą marchewkę, poszatkowaną szałwię i cebulę.
  8. Na patelni rozgrzej przewidzianą w przepisie połowę masła, dodaj posiekaną cebulę i smaz aż się zeszkli. Dodaj marchewkę, szałwię i mięso. Smaż na małym ogniu, co jakiś czas mieszając. Po kilku minutach dodaj jedną chochlę bulionu, powstały po gotowaniu królika. 
  9. W tym czasie ulep gnocchi. Z ciasta formuj małe kulki i układaj je na oprószonej mąką tacce. Zagotuj wodę w dużym garnku, posól wodę i wrzuć gnocchi na wrzątek. Gotuj przez ok. 4 minut, a następnie wyjmij za pomocą sitka. 
  10. Gdy bulion częściowo wyparuje dorzuć gnocchi na patelnię z mięsem, dodaj resztę masła i wymieszaj. 
  11. Podawaj posypane parmezanem. 


* mój kubek ma 300 ml

Śliwka

niedziela, 23 września 2012

Śniadanie do łóżka #67: Kanapka ze szwedzkimi klopsikami


Szwedzkie klopsiki (köttbullar) to pozornie nic specjalnego. Takie tam pulpety w mięsnym sosie, na które nikt nie zwróciłby szczególnej uwagi. Jednak to wielki błąd, bo mają w sobie to COŚ. Coś co trudno ująć słowami. 
Tradycyjnie podawane są w mięsnym sosie, składającym się z  mieszanki soków, które podczas smażenia wyciekły z mięsa, masła i słodkiej śmietanki. Do tego obowiązkowo ziemniaki i sprawa kluczowa- żurawinowa konfitura. Połączenie tego mięsno-śmietanowego sosu z żurawiną tworzy na talerzu coś magicznego. Więc gdy kilka dni temu moja znajoma podała je na obiad, stanęłam w kolejce po jeszcze dwie dokładki, a zwykle się tak nie zachowuję:)

Wracając jednak do kanapki, którą dzisiaj chcę wam polecić na śniadanie, zainspirowało mnie miejsce, które na pierwszy rzut oka nie zwykło być źródłem kulinarnych inspiracji. Mowa bowiem o Ikea, która tutaj nie tylko pełni funkcję monopolisty meblowego, ale jest też wiarygodnym przeglądem szwedzkich specjałów.  W przerwie od zakupów możesz coś przekąsić w restauracji, która serwuje najbardziej charakterystyczne dla tego kraju rarytasy. Jak możecie sobie pewnie wyobrazić, nie zabrakło szwedzkich bułeczek kanelbullar (mimo miłości jaką je darze, doświadczam powoli zmęczenia materiału), ale także słynnej kanapki z klopsikami w roli głównej. Sądząc po ilości jedzących tam Szwedów, chyba pomysł z restauracją spełnia swoje zadanie.

Co do samych specjałów, wciąż nie mogę rozgryźć szwedzkich smaków. Wahają się od wspomnianych wyżej pysznych, prostych rozwiązań czy bardziej wykwintnych dań, jak gulasz z mięsa łosia, po niezrozumiałą miłość do lukrecjowych żelków Haribo (uwaga: z gruboziarnistą solą!) czy ohydnych, słodkich śledzi (dla masochistów polecam wypróbowanie tych sprzedawanych również w polskiej Ikei). Klopsiki im jednak wychodzą, więc przy tym pozostańmy. Wpakujmy je w kanapki, z tradycyjnie podawaną do nich sałatką z buraków i cieszmy się nimi na śniadanie (..i obiad...i kolację).

Kanapka ze szwedzkimi klopsikami 
- 1 długa bułka
- 2 liście sałaty
- serek philadephia (do posmarowania)

Klopsiki (ok. 15 sztuk- porcja na 3 kanapki)
- 0,25 kubka bułki tartej*
- 0,5 kubka mleka
- 250 g mięsa mielonego wieprzowego
- 1 jajko
- garść świeżego oregano
- 0,5 łyżeczki pieprzu cayenne
- 0,5 łyżeczki cynamonu
- 1,5 łyżki sezamu
- 1 łyżka miodu
- sól
- masło klarowane/oliwa- do smażenia

Sałatka buraczana (na ok. 3-5 kanapek)
- 2 średnie buraki
- 2 małe jabłka
- 1 łyżka octu winnego
- łyżka miodu
- 2 łyżki serka philadelphia
- 3 łyżki majonezu
- 1 łyżeczka chrzanu
- sól
  1. Przygotuj klopsiki. Połącz ze sobą w misce mleko z bułką tartą. Odstaw na 5 minut, aby bułka napęczniała. Dodaj jajko, mięso i pozostałe przyprawy. Całość dobrze wymieszaj. 
  2. Rozgrzej tłuszcz na patelni, uformuj małe kulki z mięsa i smaż z każdej strony aż zbrązowieją. Odstaw do ostygnięcia.
  3. Przygotuj sałatkę. Buraki obierz ze skórki i pokrój w kostkę. Podsmaż je na maśle klarowanym/oliwie aż lekko zmiękną. Gdy będą na patelni dodaj do nich miód i ocet winny. Odstaw do ostygnięcia.
  4. Pokrój jabłka w kostkę. Ostygnięte buraczki pomieszaj z jabłkami w misce i dodaj resztę przypraw przeznaczonych na sałatkę. Dokładnie wymieszaj.
  5. Przygotuj kanapkę. Rozetnij bułkę wzdłuż, posmaruj w środku serkiem philadelphia, wsadź do środka liście sałaty, następnie kilka klopsików (u mnie wyszło po 5 na kanapkę) i na całość połóż sałatkę buraczaną.
*mój kubek ma 300 ml

Śliwka

czwartek, 6 września 2012

Lekki tydzień #4: Noodle z tofu w stylu pad thai






































W notce otwierającej lekki tydzień zdążyłam już wspomnieć, że należę do mniejszości kobiet, które gdyby miały zmienić coś w swoim wyglądzie to chciałby odrobinę przytyć. Biorąc pod uwagę zasady zdrowego odżywiania i rozsądku, okazuje się to jednak dla niektórych równie trudne jak dla innych chudnięcie.
Podobnie jak Śliwka uważam, że jedną z najważniejszych punktów kodeksu prowadzenia zdrowego trybu życia jest jedzenie regularnie posiłków
Zauważyłam, że kiedy mam czas jeść częściej (np. 5 posiłków w ciągu dnia) i przy tym za każdym razem w miarę małe porcje to czuję się o wiele lepiej niż w dni, w których jestem zabiegana i zjadam tylko 2, czy 3 większe dania. 
Jestem przyzwyczajona do małych porcji, dlatego po większych biesiadach przy stole, gdzie w ciągu godziny zjada się kilkudaniowy obiad z deserem, czuję się po prostu ociężale i źle.
Dlatego jestem przeciwniczką zapychania się jedzeniem, po to by się najeść, a potem paść i zasnąć. Wolę lekkie i przede wszystkim pyszne dania, pełne wartości odżywczych, po których mam sporo energii. Jedzenie przecież to ważny aspekt naszego życia, powinno sprawiać radość podczas przygotowań, konsumpcji, a także po posiłku :)























Metod przygotowania żywności w zdrowy sposób jest kilka (tak, aby dania były zdrowe i pełne wartości odżywczych, jednocześnie przy tym nie były tłuste.)
To: gotowanie na parze, grillowanie, duszenie, pieczenie, sauté i tradycyjne gotowanie. Ale jest jeszcze jedna metoda i chyba moja ulubiona - szybkie smażenie w woku.

Szybkie smażenie to metoda stosowana głównie w kuchniach azjatyckich. Wok lub patelnie o wysokich brzegach sprawiają, że do smażenia nie potrzeba już zbyt dużej ilości oleju, czy oliwy. Dania typu stir-fry z woka robi się naprawdę szybko, a do stosowania nadają się rożnego rodzaju składniki, od warzyw, po mięsa i owoce morza, na tofu kończąc. 
Dziś wybrałam wersję z tofu, ponieważ lubię raz czy dwa razy w tygodniu, zrobić sobie dzień bez mięsa. A tofu jest nie tylko źródłem białka roślinnego, ale też źródłem żelaza i witamin. Przy tym jest niskokaloryczne, obniża poziom cholesterolu, a jego neutralny smak zachęca do eksperymentów kulinarnych.
Moją inspiracją do szybkiego stif-fry z noodlami i tofu było najbardziej popularne tajskie danie - pad thai. Odmian pad thai i dodatków jest bardzo wiele, ale w oryginale robi się je zazwyczaj z makaronem sojowym, pastą tamaryndową i orzeszkami ziemnymi. Przyznam szczerze, że nie przepadam za tą pastą, a dodatkowo trudno ją kupić nawet w większych miastach, dlatego chciałam Wam pokazać jakie bardziej znane składniki możecie ze sobą zmieszać, by uzyskać zbliżony smak.
Cienki makaron sojowy zastąpiłam grubszymi noodlami, bo po prostu akurat taki makaron znalazłam w kuchennej szafce :)
Danie robi się naprawdę szybko, występuje w nim dużo ciekawych smaków, jest kwaskowate, lekko słodkie i odrobinę pikantne. Dodatek podprażonych orzechów arachidowych sprawia, że przyjemnie chrupie. 
A przede wszystkim jest lekkie, więc mimo, że robiłam je dziś zmęczona po imprezie, to zdecydowanie dodało mi energii i poczułam się lepiej :)


Noodle z tofu
  • 200 g naturalnego tofu
  • 125 g makaronu typu noodle
  • papryka
  • marchewka
  • młoda cebula cukrowa
  • 2 ząbki czosnku
  • garść orzechów arachidowych
  • liście świeżej kolendry
  • jajko (u mnie z podwójnym żółtkiem)
  • olej roślinny do smażenia
  • sól i pieprz (ewentualnie do dosmakowania)
 Sos w stylu pad thai:
  •  łyżeczka posiekanego chilli ( plasterki do dekoracji)
  • 3 łyżki miodu
  • 2 łyżki sosu rybnego
  • łyżeczka sosu sojowego
  • łyżka octy ryżowego (może spróbować zamienić na ocet winny lub dodać więcej soku z limonki)
  • 2 łyżki soku z limonki (lub pasty tamaryndowej)
  1.  Makaron wkładamy do miski, zalewamy wrzącą wodą, przykrywamy pokrywką/talerzem i zostawiamy na 2 minuty krócej niż jest to wskazane na opakowaniu. Następnie odsączamy z wody.
  2. Na suchej patelni prażymy orzeszki arachidowe, po kilku minutach zaczną się rumienić. Wtedy ściągamy je z patelni i wrzucamy do moździerza, którym ucieramy je na drobniejsze (można także wrzucić do papierowej torebki i przejechać wałkiem).
  3. Tofu kroimy w grubą kostkę. Rozgrzewamy w woku (ewentualnie w głębokiej patelni lub garnku z grubym dnem) olej roślinny i wrzucamy kostki tofu. Smażymy z dwóch stron, aż się zarumieni po ok. minutę na stronę. Wyciągamy z woka i odsączamy z tłuszczu na ręczniku papierowym.
  4. Na tym samym oleju podsmażamy posiekaną w kostkę cebulę wraz z drobno posiekanym czosnkiem. Potrząsamy wokiem. Po minucie dodajemy pokrojoną w słupki paprykę i marchewkę. Potrząsamy wokiem i smażymy dwie minuty.
  5. W tym czasie szybko łączymy ze sobą miód, chilli, sos rybny, sos sojowy, ocet ryżowy i sok z limonki. 
  6. Do woka wrzucamy makaron i dolewamy sos. Dorzucamy także wcześniej przygotowane tofu. Mieszamy energicznie ruszając wokiem i smażymy minutę.
  7. Teraz najważniejszy moment, odgarniamy makaron na połowę woka, zostawiając wolne miejsce. Tam wlewamy odrobinę oleju i wbijamy jajko. 
  8. Smażymy przez minutę i mieszamy tak jakbyśmy chcieli zrobić jajecznicę, gdy jajko zacznie się ścinać.. łączymy je z pozostałymi składnikami. Uważając przy tym by makaron był oblepiony jajkiem, a nie wymieszany z "jajecznicą". Smażymy jeszcze chwilę i przekładamy na talerz.
  9. Danie posypujemy prażonymi orzeszkami arachidowymi, świeżą kolendrą i skrapiamy sokiem z 1/4 limonki.


Tosia

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Paluszki rybne z czosnkowym majonezem aioli


Kiedy stojąc w kolejce do kasy w Biedronce widzę, że ktoś na taśmę kładzie mrożone paluszki rybne, czy opakowane folią burgery, to nie wiem..czy mam się śmiać, czy płakać. W takich chwilach wolę nie patrzeć i uciąć krótką pogawędkę ze starszą panią na temat tego z czym można jeść mozzarellę (oczywiście mowa tu o serze mozzarello podobnym). 
Rozumiem, że ktoś może liczyć każdy grosz, rozumiem, że nie każdy ma czas gotować, a nawet, że nie wszystkim prace w kuchni sprawiają przyjemność. Ale nie jestem w stanie akceptować tego typu wyborów!
Przecież w takich mrożonych paluszkach, więcej jest chemii niż samej ryby, co do której też mam wątpliwości. Dlatego nie wiem dlaczego ludzie świadomie trują siebie, a co więcej - swoje dzieci.
Paluszki rybne kojarzone są właśnie z przysmakiem dziecięcym. Łatwiej jest przecież przemycić na talerzu rybę w pysznej, chrupiącej panierce niż cały filet. Ale czy nie lepiej takie paluszki zrobić samodzielnie? Nie wymagają sporo pracy, a są o wiele smaczniejsze i zdrowsze (pomijając fakt, że są smażone, ale można z poniższego przepisu zrobić także wersję pieczoną).
Jako dodatek do paluszków wybrałam frytki (o których napiszę następnym razem), a także własnoręcznie ubity czosnkowy majonez aioli.
O tym jak zrobić samodzielnie majonez pisałam już w notce o krążkach cebulowych . Tym razem jednak zdecydowałam się na wersję inspirowanym klasycznym, prowansalskim majonezem czosnkowym. Użyłam do niego wiejskich jaj, o cudownym odcieniu żółtek, co wpłynęło także na kolor aioli. Ale komu przeszkadza kolor majonezu, kiedy na stole takie pyszności? :)


Paluszki rybne 
  • 400 g fileta ulubionej ryby (np. pstrąg, łosoś, dorsz)
  • płatki kukurydziane (ok. 2 szklanki)
  • 3 łyżki sezamu
  • jajko (1 lub dwa)
  • 5 łyżek mąki
  • łyżeczka musztardy
  • łyżka soku z cytryny
  • pieprz
  • sól
  • olej do smażenia
  1.  Zaczynamy do ryby, usuwamy z niej skórę (jeśli filet posiadał) i pozbywamy się ości (ja zawsze proszę o to mężczyznę, by pobawił się pensetą).
  2. Filet kroimy na paski o szerokości ok. 2-3 cm. Porcje ryby przyprawiamy pieprzem i solą z dwóch stron oraz odrobiną soku z cytryny. Odstawiamy.
  3. Rozbełtane jajko mieszamy energicznie z musztardą.
  4. Na talerzu szykujemy mąkę, a na drugim pokruszone płatki kukurydziane z sezamem.
  5. Zaczynamy panierować paluszki. Każdą porcję ryby obtaczamy najpierw w mące, następnie w jajku, a na koniec w panierce z płatków kukurydzianych. Czynność powarzamy.
  6. W woku lub na głębokiej patelni rozgrzewamy olej do smażenia.
  7. Paluszki smażymy z dwóch stron po kilka minut, aż panierka będzie rumiana.
  8. Wyciągamy z patelni i odsączamy z tłuszczu na ręczniku papierowym.
  9. Podajemy z frytkami i majonezem aioli.
Czosnkowy majonez aioli
  • 2 żółtka z wiejskich jaj
  • 2 ząbki czosnku
  • łyżeczka musztardy dijon
  • 125 ml oliwy z oliwek (lub pół na pół np. z olejem rzepakowym)
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu
  1. Czosnek bardzo drobno kroimy i za pomocą ostrego noża ucieramy ze szczyptą soli na "pastę", wrzucamy do miski.
  2. Miskę umieszczamy na ściereczce, owijając ją wokół naczynia, dzięki temu nie będzie się ruszała podczas ubijania majonezu.
  3. Do miseczki wbijamy dwa żółta (warto wcześniej jajka sparzyć), dodajemy musztardę i ucieramy za pomocą trzepaczki. Gdy masa zacznie robić się puszysta, zaczynamy cienką strużką wlewać oliwę z oliwek. Cały czas przy tym, starannie i energicznie ubijamy majonez.
  4. Czynność wykonujemy, aż oliwa się skończy. Uważamy, by nie wlewać za duży oliwy (bo majonez się zważy). Następnie dodajemy powoli sok z cytryny i dalej ubijamy majonez.
  5. Na koniec majonez smakujemy i przyprawiamy pieprzem do smaku (na początku była dodana szczypta soli, warto sprobować, czy wymaga dosolenia).
Tosia

piątek, 24 sierpnia 2012

Bouillabaisse

Bouillabaisse (czytaj bujabes) to chyba najbardziej znana francuska zupa rybna, która poza pysznymi owocami morza, na których jest gotowana, łączy ze sobą takie smaki jak pomidory czy szafran. 
Już dawno nie jadłam zupy rybnej, a korzystając z faktu, że jestem znowu w Hiszpanii, gdzie w rybach można wybierać bez końca,  postanowiłam zaszaleć z francuską klasyką. 

Pamiętam, że kiedyś moja mama robiła bardzo podobną, z ogromną ilością pływających w niej owoców morza i charakterystycznym posmaczkiem selera naciowego. Później nie jadłam takiej nigdzie, do dzisiaj, kiedy uświadomiłam sobie, że mama przez te wszystkie lata tworzyła po prostu bouillabaisse. 

Przyznam, trochę przy tym roboty, ale naprawdę warto. Zupa jest pyszna i niezwykle sycąca. Przez dodatek wielu owoców morza nie byłam w stanie skończyć małej miseczki, bo byłam już tak najedzona. 
Nie zraźcie się dodatkami, które mogą być czasem trudne do znalezienia. Ryby można spokojnie zastąpić innymi, postawić na mrożone krewetki i dowolne małże. Mi z tej mieszanki najbardziej smakował miecznik, który ugotowany w zupie nabrał słodkiego smaku i jędrności. 

Francuska szkoła gotowania nakazuje do tej zupy dodać jeszcze pływającą grzankę z sosem rouille, nieco przypominającym domowy majonez, ale ja z tego zrezygnowałam, gdyż mokry chleb przeraża i obrzydza mnie od zawsze:)

Bouillabaisse (6-8 porcji)
Bulion:
- 3l wody
- 1 mały por (biała część)
- 1 łodyga selera naciowego
- 4 małe marchewki
- 2 małe białe rzepy
- 2 małe białe cebule
- 3 ząbki czosnku
- 2 liście laurowe
- kilkucentymetrowy kawałek skórki pomarańczy
- 1 łyżeczka ziaren pieprzu
- oliwa

- 300 g fileta z dorady
- 350 g fileta z łososia
- 400 g miecznika
- 0, 5kg surowych krewetek (można użyć mrożonych)
- 0,5 kg małży
- 8 łyżek octu winnego
- 350g przecieru pomidorowego
- kilka kropli tabasco
- duża szczypta nitek szafranu
- sól, pieprz

  1. Warzywa na bulion pokrój na mniejsze kawałki i wrzuć do garnka. Dorzuć obrany ze skórki i zgnieciony czosnek, liście laurowe, kawałek skórki pomarańczy i ziarna pieprzu. Zalej ok. 2 łyżkami oliwy i postaw na ogniu.
  2. Smaż warzywa w garnku przez kilka minut, aby wydobyć smak. Nastaw wodę w czajniku (będzie szybciej niż nagrzewać ją w garnku) i zalej smażące się warzywa. Zmniejsz ogień.
  3. Daj bulionowi się gotować na małym ogniu przez ok. 45 minut, a w tym czasie przygotuj owoce morza.
  4. Filety z ryb pokrój na małe kawałki, odłóż na talerz i wsadź do lodówki. Jeśli ryby mają skórę, zdejmij ją i odłóż (przyda się do gotowania).
  5. Małże i krewetki umyj pod bieżącą wodą, aby pozbyć się resztek soli. Jeżeli któryś z małż jest zniszczony/otwarty/naruszony- wyrzuć bez wahania. Odstaw w miseczce, aby poczekały na koniec gotowania się bulionu.
  6. Gdy bulion się ugotuje, używając blendera zmiksuj całość na jednolity płyn.
  7. Dodaj ocet, przecier pomidorowy i szafran. 
  8. Zagotuj i wrzuć krewetki. Wyjmij je za pomocą cedzaka po ok. 5 minutach. Powinny mieć pomarańczową barwę. Odłóż na bok.
  9. Wrzuć małże i gotuj aż wszystkie się otworzą (ok. 10 minut). Jeśli któryś się nie otworzył- wyrzuć go.
  10. Jeśli została ci wcześniej wspomniana skóra z ryb, dorzuć ją do zupy i daj jej się gotować jeszcze przez kilkanaście minut. Jeśli nie, przypraw zupę solą, pieprzem i tabasco. 
  11. Krewetki obierz ze skorupek, a małże wyjmij z muszli. Odłóż na bok.
  12. Bezpośrednio przed podaniem wrzuć do gotującej się zupy kawałki ryby. Gotuj przez ok. 10 minut, nie dłużej aby ryba się nie rozgotowała. Wypełnij miseczki krewetkami i małżami (obranymi, gdyż całych użyłam tylko na potrzeby zdjęcia) i zalej zupą z kawałkami ryb. 
Śliwka

środa, 18 lipca 2012

Polędwica wieprzowa z trawą cytrynową po wietnamsku











































W Polsce wykształtował się od jakiegoś czasu stereotyp dotyczący kuchni wietnamskiej. Myślę, że na pytanie jakie dania przyrządzają Wietnamczycy, przypadkowo zapytana osoba na ulicy prawdopodobnie odpowiedziałaby, że jedzą psy. 
Jest to sprawa na pewno kontrowersyjna, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę kwestie moralne takich praktyk, ale chciałabym ten temat zostawić. Przez ten stereotyp często zapomina się o innych potrawach z Wietnamu, które na pewno zasługują na wyrożnienie.
Z kuchnią wietnamską zaprzyjaźniłam się, kiedy odkryłam przypadkiem rewelacyjną knajpę w Gdyni Good Morning Vietnam (o czym wspominałam już kilka razy). Okazało się, że potrawy te są trochę podobne do kuchni chińskiej, ale przy tym o wiele lżejsze.
Najbardziej w knajpie przypadło mi do gustu danie ze smażoną/grillowaną wieprzowiną. Podawana ona jest w miseczce z marynatą na bazie sosu rybnego. Do tego oddzielnie serwuje się makaron ryżowy, chrupiące warzywa i świeże zioła : miętę i kolendrę. Wszystkie składniki łączy się ze sobą do woli w oddzielnej miseczce.
Wiele razy zastanawiałam się jak kucharz przyrządza wieprzowinę i marynatę, że są tak pyszne. Sądzę, że bez odpowiedniej wiedzy na temat kuchni wietnamskiej nigdy nie uda mi się odtworzyć tak dobrze tego smaku (co sprawia, że jeszcze chętniej tam wracam).
Z chęcią jednak inspiruję się daniami i smakami, które tam próbuję i odtwarzam je po swojemu w domowej kuchni.
Muszę przyznać, że z dzisiejszej polędwicy wieprzowej, podsmażonej z trawą cytrynową, dymką i chilli jestem bardzo zadowolona. To jedno z najlepszych dań kuchni azjatyckich jakie udało mi się zrobić. Jeśli lubicie eksperymentować ze smakami dalekiego wschodu to gorąco zachęcam do spróbowania :)


































Polędwica wieprzowa z trawą cytrynową po wietnamsku
  • 300 g polędwicy wieprzowej
  • 3-4 łodygi cebulki dymki
  • papryczka chilli (ilość zależna od ostrości, u mnie 3/4 papryczki)
  • gałązka trawy cytrynowej (ok. 10-15 g)
  • 2 łyżki ciemnego sosu sojowego
  • łyżka trzcinowego cukru
  • 2 łyżki sosu rybnego
  • kolorowy pieprz
  • 2 łyżki oliwy arachidowej
  • liście świeżej mięty
  • łyżka sezamu
  • 100 g makaronu ryżowego
  • Marynata:
  • 180 ml gorącej wody
  • ząbek czosnku
  • 1/4 papryczki chilli
  • 3 łyżki sosu rynego
  • łyżka ciemnego sosu sojowego
  • łyżka soku z cytryny
  • 3 łyżki cukru trzcinowego
  1. Polędwicę myjemy, osuszamy, oczyszczamy z błonek i kroimy na plastry o grubości ok. 1 cm.
  2. Dymkę, trawę cytrynową i chilli kroimy pod skosem na plasterki (widoczne na zdjęciu).
  3. Do foliowej, strunowej torebki wlewamy 2 łyżki sosu sojowego i 2 łyżki sosu rybnego. Dodajemy łyżkę cukru, świeżo mielony kolorowy pieprz (ok. łyżki) oraz posiekane wcześniej składniki. Na koniec dorzucamy kawałki mięsa. Całość dokładnie mieszamy i zamykamy w torebce. Marynujemy w lodówce przez minimum pół godziny.
  4. Do wysokiego naczynia wlewamy gorącą wodę. Dodajemy posiekany drobno czosnek i papryczkę chilli.
  5. Wlewamy sos rybny, sos sojowy, sok z cytryny i wsypujemy cukier trzcinowy. Marynatę mieszamy i studzimy.
  6. Makaron ryżowy przyrządzamy według instrukcji na opakowaniu. Wykładamy na talerz i posypujemy sezamem.
  7. Na rozgrzany wok wrzucamy zamarynowane mięso razem z sosem, chilli, trawą cytrynową i dymką. Smażymy mięso po 2-3 minuty z każdej strony. 
  8. Po koniec smażenia (2 ostatnie minuty) wlewamy przygotowaną wcześniej marynatę i chwilę gotujemy.
  9. Mięso razem z dodatkami i sosem wlewamy do miseczki i podajemy oddzielnie z makaronem ryżowym.

Tosia

niedziela, 8 stycznia 2012

Śniadanie do łóżka #30: Kaiserschmarrn- austriacki omlet z domowym musem jabłkowym


Dzisiejsze śniadanie przywołało tyle wspaniałych wspomnień! Pamiętam, jak zmęczona narciarskimi zmaganiami dobijałam do restauracji na stoku i zamawiałam sobie to właśnie danie. Niby obiad, niby deser zawsze dodawał nam energii na następne zjazdy. 
W domu nazywaliśmy to zdrobniale "kajzerkami". Więc zawsze gdy wracałam ze szkoły i czułam ten piękny zapach, krzyczałam w drzwiach "Mamooo są kajzeeeerki?", a ona otwierała piekarnik (w którym czekały na nasz powrót) i cały dom wypełniał się ich słodyczą. 
Dzisiaj jadłam je po raz pierwszy od lat, bo ostatnio jakoś o "kajzerkach" zapomnieliśmy, a narty dopiero przede mną. Są pyszne jak zwykle, nic się nie zmieniło.
 Dla mnie śniadanie idealnie, nic dodać nic ująć. 

Kaiserschmarrn- austriacki omlet z domowym musem jabłkowym (2-3 porcje)
- 4 jajka (oddzielnie żółtka i białka)
- 250g mąki
- 1 filiżanka mleka
- 2 łyżki cukru
- szczypta soli
- 4 łyżki masła
- 100g rodzynek
- 2 łyżki rumu
- cukier puder (do posypania)
- oliwa (do smażenia)

Mus:
- 3 średnie kwaśne jabłka
- filiżanka wody
- ewentualnie sok z cytryny/ cukier ( w zależności od smaku jabłek)

Zacznij od musu. Obierz jabłka ze skórki i pokrój na małe kawałki, pozbywając się gniazd nasiennych. Wrzuć je do rondelka i zalej połową filiżanki wody. Zagotuj. Gdy jabłka się zagotują a woda wyparuje, dodaj kolejną połowę filiżanki i gotuj aż wytworzy się w miarę jednolity mus. Moje jabłka miały perfekcyjny smak, dodałam tylko sok z połówki cytryny, jeśli twoje są za mało kwaśne, lub za mało słodkie, dopraw je wedle uznania.
Rodzynki zalej rumem i pomieszaj. Odstaw na później.
Oddziel żółtka od białek i umieść je w dwóch osobnych miskach. Masło roztop w małym rondelku
Do żółtek dodaj cukier i zacznij miksować. Dodaj mąkę i mleko, zmiksuj. Powstanie kleista masa. Dodaj wystudzone masło i zmiksuj.
W oddzielnej misce ubij białka ze szczyptą soli. Gdy są już na tyle ubite, że odwrócone do góry nogami trzymają się w misce, dodaj je do drugiej masy razem z rodzynkami i pomieszaj łyżką, żeby stworzyły jednolitą masę (nie miksuj, bo białka opadną).
Patelnie wysmaruj oliwą i rozgrzej. Wylej na nią grubą warstwę omleta i smaż z dwóch stron aż się zetnie. Porwij omlet na kawałki, posyp cukrem pudrem i podaj z musem jabłkowym. Możesz podać na ciepło lub na zimno (ja wolę na zimno).

Śliwka

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...