Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Co zjeść w Japonii (część II)


Wracam do was z kolejną porcją alfabetu japońskiego jedzenia. Trochę mi to zajęło, ale przyznam, że odkładałam to ze względu na smutek jaki towarzyszy mi, gdy przywołuję wspomnienia. W końcu prawdopodobnie będę musiała poczekać kilka lat zanim znowu spróbuję tych rarytasów.

Tym razem do współpracy postanowiłam zaprosić moje osobiste guru w sprawach japońskich- Mariannę z coutellerie.pl. Jej opowieści japońskie na blogu czyta się z zapartym tchem, a zdjęcia (moim zdaniem jedne z najbardziej spektakularnych w sieci) sprawiają, że chcesz znaleźć się w Kraju Kwitnącej Wiśni natychmiast i nigdy nie wyjeżdżać. Specjalnie dla was, Marianna napisała dzisiaj mały rozdział o ramenie i dołączyła kilka swoich zdjęć.

Co tu dużo gadać, po pierwszej części, przeskakujemy płynnie do litery M.

M jak Miso


Pasta miso składowana w wysokich drewnianych wiadrach w fabryce miso w Matsumoto

O miso z pewnością napiszę długi artykuł, albo tu na blogu, albo w wersji papierowej, bo miałam niezwykłą okazję przyjrzenia się procesowi produkcji pasty w jednej z najstarszych fabryk w Japonii. Na naszej trasie wybraliśmy Matsumoto, miasta ulokowane idealnie między naszym jednym celem a drugim. Mimo, że ostrzegano nas, że niespecjalnie jest tam wiele do roboty, jednodniowy pobyt wspominamy super, właśnie ze względu na fabrykę pasty miso. Dobiliśmy do niej w sobotę, przekonani, że albo będzie zamknięta, albo niespecjalnie wiele zrozumiemy. A tu zaskoczenie, nie dość, że otwarte to jeszcze trafiliśmy na chłopaka, który oprowadził nas po wszystkich zakamarkach i wszystko wyjaśnił prawie perfekcyjnym angielskim (co zwykle się w tamtych rejonach nie zdarza).


Pani złapana podczas pracy w fabryce miso w Matsumoto

Klasyczną pastę miso tworzy się przez połączenie soi, soli i ziaren ryżu. Choć w kraju dominują już metody przyśpieszające proces fermentacji, w fabryce, którą odwiedziliśmy wciąż tworzy się pastę wyłącznie naturalnymi metodami, soja, sól, ryż i czas. Dużo czasu.

Gdy odsunęliśmy zasłony i weszliśmy do środka, w trzech, stosunkowo małych pokojach stały gigantyczne beczki, w których fermentowała soja. Jak się później okazało, każdy pokój przeznaczony był do innego etapu fermentacji, w pierwszym soja fermentowała pierwszy rok, w kolejnym drugi, a w ostatnim trzeci. Gdy przychodził czas zmiany pokoju, pracownicy osobiście, za pomocą łopat, przerzucali tony fermentowanej pasty do kolejnych beczek, a w przylegającym do fabryki sklepie, można było zaopatrzyć się w wersję jasną (fermentowaną rok) lub wersję ciemną (fermentowaną przez 3 lata). Oczywiście obie przywiozłam ze sobą do Polski.


Od lewej- świeża pasta, pasta po roku, pasta po 3 latach

Ale po co ta pasta miso? No właśnie. Przede wszystkim jest podstawowym składnikiem japońskiej zupy miso (oprócz dashi, o którym możesz przeczytać w I części alfabetu). Zupę miso podaje się w Japonii dosłownie do każdego posiłku, a szczególnie do śniadania, co może się wydać abstrakcyjne, lecz po kilku dniach staje się absolutnie normalne. Pasta używana jest także na przykład do kiszenia warzyw.

Pasta jest bogata w białko, witaminy i inne składniki odżywcze, więc popijanie porcji zupy do każdego posiłku to naprawdę dobry pomysł. A jak ją zrobić? Na 1 litr gorącego dashi (przepis w poprzedniej części alfabetu) dodaj 4 łyżki pasty miso i wymieszaj (najlepiej trzepaczką, aby w zupie nie było grudek. Ja lubię wrzucić też do niej tofu i poszatkowaną dymkę.

M jak Mochi


Mochi z matchą na targu Nishiki w Kioto

Pierwszego dnia w Kyoto na ulicy wypatrzyliśmy panią, sprzedającą dziwne, miękkie kulki na patyku. Konsystencją przypominały kluchy, były miękkie, delikatne, ale ciągnące. Na patykach umieszczone były trzy kulki, a powstałe szaszłyki grillowane nad ogniem. Najpierw kulki wybierało się spośród dwóch kolorów (białe lub zielone) a następnie dobierało się dodatki- słodką fasolkę azuki w lepkim, słodkim sosie, lub słodko-słony sos sojowy. My postawiliśmy na pierwszą opcję. Jak się później okazało trafiliśmy na bardzo bliskie mochi japońskie słodycze na patyku- dango, zrobione z mąki ryżowej. To było nasze pierwsze doświadczenie z tą ryżową, kluchowatą konsystencją.

Później nie raz natykaliśmy się na mochi, czyli tradycyjne japońskie słodycze robione z klejącego ryżu mochigome lub mąki ryżowej. Przygotowywane są podczas ceremonii nazywanej mochitsuki, podczas to której są zagniatane na pomocą drewnianych młotków w specjalnych moździerzach. Proces możecie zobaczyć na tym filmie, do czego was zachęcam, bo jest prześmieszny.

Mochi najczęściej jedzone są podczas celebracji nowego roku, a kiedyś wierzono, że spożywanie ich zapewnia szczęśliwe małżeństwo. W czasie kwitnienia wiśni podaje się sakuramochi, o różowej barwie, zawinięte w liść wiśni. Takich mochi też udało nam się spróbować w Kioto.


Dango. Zbliżone smakiem do mochi słodycze na patyku

A smak? Na pewno warto spróbować (choć właściwie nie trzeba się o to starać, bo prędzej czy później trafią do was same), ale do mnie japońskie słodycze kompletnie nie przemawiają. A glutowata konsystencja mochi, które często obsypane są mało słodkim pudrem ze zmielonej soi (kinako) już kompletnie mnie nie porywa.

O jak Onigiri

Tutaj w biegu chwycimy za kanapkę, Japończycy pewnie wybiorą onigiri, czyli trójkątne, sushipodobne kawałki ryżu z różnymi dodatkami, owinięte glonami nori. W środku, między klejącymi ziarnami ryżu kryją się różne nadzienia: warzywne, rybne, z owocami morza czy mięsne. Opcji jest mnóstwo, a onigiri do dostania praktycznie w każdym kiosku. Mi zdarzyło się próbować wersji z wieprzowiną i marynowaną śliwką, z krewetkami i majonezem, czy z kawiorem.

Na pierwszy rzut oka nie wygląda zbyt interesująco, odstrasza proporcja ryżu do nadzienia, jednak gdy pierwszy raz spróbowaliśmy, z miejsca nam się spodobało. Niby ryż, a jednak wyjątkowo dobry sam w sobie. Jest też jeszcze jedna spora zaleta tej ryżowej kanapki, jest jedną z tańszych, choć też jedną z bardziej pożywnych przekąsek.

P jak pikle


Gotowe pikle na targu Nishiki w Kioto

Jeśli nigdy nie słyszeliście o japońskich piklach, to nie jesteście sami. Sama nic o nich nie wiedziałam, dopóki nie wylądowałam w Japonii i nie zaczęto mi ich podawać prawie do każdego posiłku. A jako, że uwielbiam siać ferment, nie protestowałam. No chyba, że co do wielkości porcji, bo zwykle podawano je w bardzo minimalistycznym wydaniu, dosłownie trzy plasterki na małym talerzyku, a ja, jak spróbowałam, to chciałam więcej, więcej i więcej.

Mówiłam, że obce mi były pikle, ale właściwie jeden rodzaj jest pewnie znany każdemu z nas. Mowa o gari, czyli piklowanym imbirze, który podawany jest jako dodatek do sushi (podobnie jak z resztą pikli, porcja japońska niesamowicie różni się wielkością od wielkiego kopca podawanego w suszarniach w Polsce). Jednak pikle japońskie to nie tylko imbir.


Pikle w trakcie procesu fermentacji na targu Nishiki w Kioto

Pikle określa się zbiorczą nazwą tsukemono. Kryją się pod tym cudowne, słono-kwaśne warzywa, o których do dzisiaj nie mogę zapomnieć. Do tego stopnia, że sama spróbowałam je stworzyć w domu, choć od czasu kiedy na chwilę otworzyłam słoik moich piklowanych rzodkiewek, boję otworzyć się go po raz kolejny he he.

Opowiem wam trochę o piklach, których w Japonii dane mi było spróbować.

Po pierwsze shibazuke. Ta fioletowa mieszanka ogórków i bakłażana jest przepyszna i mega chrupiąca. Swój niesamowity kolor magenty zawdzięcza czerwonemu shiso, ziołu, o którym napiszę cały rozdział w następnym cyklu. Piklowane są w soli, a dzięki pokrojeniu w paski i specyficznemu kolorowi, bardzo trudno domyślić się, z jakimi warzywami mamy do czynienia.

Po drugie kyurizuke. W kraju, w którym przyzwyczajeni jesteśmy do kiszenia i konserwowania ogórków, nie powinniśmy być zdziwieni, że na drugim końcu świata robią to samo. Te japońskie jednak są, mam wrażenie, bardziej chrupiące, przez to, że używa się odmiany ogórków o dużo mniejszej ilości wewnętrznych ziarenek. Trochę konsystencją przypominały marynowane papryczki japalenos. Pikluje się je, między innymi w sosie sojowym, co można wyczuć w ich smaku.


Pikle podczas procesu fermentacji na targu Nishiki w Kioto

I wreszcie takuan, piklowana rzodkiew japońska, która charakteryzuje się wyjątkowo żarówiastym odcieniem żółtego. Chrupiąca i aromatyczna, mogliście spotkać się z nią nawet w rolkach maki w polskich restauracjach serwujących sushi.

W kontekście pikli, i nie tylko, mega interesującym miejscem jest Nishiki Market w Kioto, gdzie na straganach można zobaczyć pikle w różnych stadiach ( i kupić je w różnych stadiach!).

R jak Ramen

(tutaj oddaję głos Mariannie)


Choć miłość do ramenu od kilku lat rozkwita prężnie w naszych polskich sercach, daleko nam jeszcze do różnorodności, którą odnaleźć można w ojczyźnie tej cud-zupy. Ramen do Japonii przywędrował z Chin, ale dzięki pracy wielu pokoleń jego postać zmieniała się i dopasowywała do japońskiego podniebienia. Dziś wariacji na jego temat jest tam co najmniej tyle, ile prefektur – a często i wewnątrz nich wyodrębniają się bardzo lokalne wersje dania.


Tablica z wybranymi wariantami, zdobiąca jedną ze ścian Muzeum Ramenu w Yokohamie. 

Na wielu z nich odnaleźć można nieoczywiste dodatki (np. masło i kukurydza w ramenie z Sapporo, czy małże w ramen barze Mugitooribu przy Ginzie – uwielbiam!). Prawie zawsze jednak obecne są chashu, czyli plasterki wieprzowiny (często boczku zwiniętego w roladę), dymko-podobne negi i arkusz wodorostów nori. Często pojawiają się też menma (fermentowane pędy bambusa), jajko, i oczywiście narutomaki czyli fishcake w charakterystycznym kształcie białej gwiazdki z różowym zawijasem.


Czarny ramen z Toyamy, na bulionie drobiowo-rybnym. Swój kolor zawdzięcza dodatkowi specjalnego, bardzo ciemnego sosu sojowego. Wbrew pozorom ma dość delikatny smak. 

Każda zupa powstaje poprzez połączenie bulionu (klasycznie wieprzowego, drobiowego lub dashi, najczęściej mieszanych) z tare, skoncentrowanym dodatkiem smakowym. Cztery podstawowe rodzaje ramenu to:

Shio (doprawiany solą – delikatny i przejrzysty)

Shoyu (z tare na bazie sosu sojowego, o ciemniejszej barwie i wyraźniejszym smaku umami, często na bulionie drobiowo-rybnym zamiast wieprzowego)

Miso (z tare na bazie pasty miso, która w połączeniu z tłustym wywarem daje kremową, gęstą, słodko-słoną zupę pełną umami. Często na ostro, doprawiany togarashi (pikantną papryką) i sezamem. Mój ulubiony!)

Tonkotsu (kremowy od kolagenu wywar z długo gotowanych kości wieprzowych, doprawiany różnymi rodzajami tare)



Ramen shokunin z bocznej alejki targu rybnego Tsukiji.

Ciasto na makaron zagniata się mąki pszennej z dodatkiem kansui, płynnej alkalicznej substancji, która nadaje mu wyjątkową sprężystość oraz żółtą barwę (niesłusznie przypisywaną często jajku, którego nie zawiera). Wielu szefów kuchni powiedziałoby, że makaron to istota ramenu i jest w całym daniu ważniejszy niż wywar i dodatki. Samo słowo ramen to pochodna chińskiego lamian 拉麵 oznaczającego rodzaj noodli.


Ramen Bus z Kamaishi, miasteczka na wybrzeżu Sanriku, które powoli odbudowuje się po zniszczeniu przez tsunami w marcu 2011 roku. Zupa na bogato, z wołowymi podrobami. 

Ramen to jedno z dań, których Japończycy raczej nie gotują w domach – wymaga przygotowań z dużym wyprzedzeniem, wielu godzin pyrkania na ogniu oraz sporych umiejętności kucharza, szczególnie przy wyrobie makaronu. Na ramen zdecydowanie częściej wychodzi się na miasto. Restauracji jest więc bez liku, tym bardziej, że potrawa ta jest jednym z najpopularniejszych narodowych fast food'ów. Jeśli bar z ramenem jest naprawdę dobry, zazwyczaj trzeba chwilę w nim poczekać na stolik. Nie zrażajcie się tym! W Polsce nieczęsto jeszcze zmuszani jesteśmy do stania w kolejkach do lokali gastronomicznych; tam to norma, która jest jednocześnie najszczerszym dowodem jakości.

Mimo, że tradycyjnie ramen bywa podwójnie, potrójnie, a czasem nawet poczwórnie mięsny, coraz więcej uwagi poświęca się wariacjom w pełni roślinnym. Nawet w Japonii, która nie słynie za bardzo z kuchni wegetariańskiej, pojawiają się restauracje serwujące zupę na bazie dashi z kombu zamiast tuńczyka, z grillowanym tofu w miejscu wieprzowiny i z duszonymi grzybami o stężeniu umami wyższym niż mięso. Nie ustępują one w niczym wersjom klasycznym (u nas także rodzimy Vegan Ramen Shop z Warszawy wygrywa w licznych rankingach z restauracjami tradycyjnymi). W Japonii moim numerem jeden jest restauracja Mamezen z Kioto. Specjalizuje się w gęstym i kremowym ramenie gotowanym na mleku sojowym. Więcej o tym miejscu pisałam na swoim blogu.


Każdemu, kto nie czuje się z ramenem za pan brat, polecam seans filmu Juzo Itamiego pt. Tampopo – zwany “ramen westernem”, oprócz sporej dawki humoru dostarczy Wam rzetelną wiedzę o tym jak właściwie zabrać się za miskę parującej zupy! (link)


S jak Sake


Gazowane sake jakie dostaliśmy z okazji miesiąca miodowego w hotelu Hoshinoya Kyoto

Z sake przeszłam prawie dokładnie taką samą drogę jak z matchą. Próbowałam kilka razy poza Japonią, ale zupełnie mnie nie przekonywało. Żyłam też w przeświadczeniu, że koniecznie musi być podgrzane, a podgrzany alkohol, poza grzanym winem i sporadycznym bombardino na stoku, zupełnie do mnie nie trafia.

Wylądowaliśmy w Japonii i raczej próżno było szukać kieliszka białego czy czerwonego wina do obiadu. Postanowiliśmy dać więc sake szansę. Zdziwiło mnie jednak, że w każdej, nawet najmniejszej i najbardziej tradycyjnej knajpce, pytano nas czy życzymy sobie ciepłe czy zimne. Mało tego, w niektórych nawet nie podawano ciepłej wersji! Spróbowaliśmy i się zakochaliśmy. Zimne sake to jest to! Ma w sobie nieco więcej słodyczy niż klasyczne wino, ale nie można go nazwać deserowym. Mocno wyczuwalny jest posmak ryżu, a czasem owocowe nuty (najlepsze sake podano nam w restauracji Sakato Agi, którą znajdziecie w moim kulinarnym przewodniku, pamiętam, że smakowało trochę jak melon cantalupe).

Podaniu sake, w bardziej tradycyjnych miejscach, towarzyszy rytuał, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Obsługa, przed podaniem trunku, zjawia się przed tobą z koszykiem( o takim jak tutaj), w którym można znaleźć małe czarki do picia. Czarki mają różne kształty, wielkości, zrobione są z ceramiki, lub innych materiałów, a ty masz wybrać jedną, z której będziesz pić. To się nazywa dbałość o formę podania! A jeśli zdecydujesz się na kolejną buteleczkę, koszyk wraca i znowu stajesz przed trudnym wyborem naczynia do picia. Spodobało mi się to do tego stopnia, że chciałam wrócić do domu z przynajmniej jednym kieliszkiem do sake i pomysłem dokupywania ich z każdą następną podróżą do Japonii (tak, tak, następne wyjazdy już w planach), jednak nie przewidziałam, że japońska ceramika jest tak droga, że za cenę kieliszka do sake moglibyśmy wykupić sobie kilkudniowy pobyt w hotelu.

Ale czym w ogóle jest sake? Potocznie, mówi się, że jest to "wino japońskie", lub "japońska wódka". W praktyce jednak proces produkcji bardziej przypomina piwo, gdyż do fermentacji ryżu wykorzystuje się grzyba (analogicznie jak drożdże przy piwie). Gotowe sake sprzedawane są w butelkach, puszkach, w różnych miejscach można zaobserwować też piękne, kolorowe beczki tego trunku.

Co ciekawe, w Japonii sake to dość ogólna nazwa na alkohol i aby zostać w pełni zrozumiałym, najlepiej poprosić o nihon-shu. A uwierzcie mi, gdy przestawicie swoje kubeczki smakowe, będziecie prosić i prosić. Dodatkowym atutem jest też to, że w Japonii picie w miejscach publicznych nie jest zabronione, możecie więc butelkę wziąć ze sobą do parku i wypić podziwiając kwitnące wiśnie.

S jak Sakura


Święto sakury w dzielnicy Naka-meguro w Tokio

Zanim nie zobaczyłam na własne oczy, nie wierzyłam, że ktoś może tak obsesyjnie podchodzić do kwiatów na drzewach, jak Japończycy do kwiatów wiśni (sakura). Miałam to szczęście, że akurat wtedy wybraliśmy się w podróż i mogłam zaobserwować to szaleństwo i nie oszukujmy się, sama w nie popaść. Nie bez przyczyny właśnie w tym kraju w słowniku znajdziecie specjalne słowo oznaczające podziwianie kwiatów wiśni (hanami), a na google mapsach, w sezonie, zaznaczone najpiękniejsze miejsca na ich podziwianie.

Wobec powyższego, sakura nie mogła nie przebić się również na, tak ważną dla Japończyków, sferę kulinarną. W pełnym sezonie rozkwitu wiśni, szefowie kuchni prześcigają się w kreatywnym wykorzystaniu samych kwiatów. Nam udało się spróbować pięknych, ryżowych pierożków w odcieniu jasnego różu, które pływały w aromatycznym bulionie dashi. W cudownej restauracji Shoraian, wiszącej nad rzeką w Arashiyamie, najbardziej zielonej dzielnicy Kioto, jedno z dań na bazie tofu posypane zostało sproszkowaną sakurą, a w innym miejscu poczęstowano nas urokliwymi słodyczami z fasoli z zatopionym kwiatem wiśni. Najlepiej jednak wspominamy popijanie różowego wina z kwiatem wiśni w środku, podczas święta kwitnącej wiśni w naszej ulubionej dzielnicy Tokio- Naka-meguro.


Wino z kwiatem sakury

Sakurę znajdziecie również wśród smaków japońskiego Kit Kata, o czym pisałam w poprzedniej części alfabetu.

S jak Sansho

Z Japonii przywiozłam ze sobą całą walizkę pełną przypraw. Upychaliśmy je systematycznie przez całą podróż, co skończyło się pęknięciem opony w walizce na kilka dni przed powrotem do domu. Nie mogliśmy sobie odmówić płatków tuńczyka bonito, wodorostów kombu, czy oczywiście kilogramów zielonej herbaty, ale gdybym miała przywieźć ze sobą tylko jedną rzecz, jedną przyprawę, która zdominowała moją kuchnię po powrocie, to byłby to japoński pieprz sansho.

Pieprz sansho ma intensywny, cytrusowy aromat, przypominający trochę mentol, przez to, że zostawia na języku przez chwilę orzeźwiający, nieco paraliżujący smak. Często mylnie nazywany jest "pieprzem syczuańskim", lecz odróżnić je może właśnie kolor, pieprz syczuański ma czerwoną, lub brązową barwę. W Japonii z sansho spotykałam się najczęściej w dodawanych do wielu potraw małych rybkach shirasu (o nich później). Na początku byłam przekonana, że to same rybki odpowiadają za ten aromat, aż nie poczułam go również w innych daniach. Kilka razy udało nam się posmakować również jego świeżej wersji w formie małych listków, przypominających kształtem mini-akację.

Na markecie Nishiki w Kyoto spotkaliśmy się z czymś, czego absolutnie nie spodziewaliśmy się spotkać w Japonii, mianowicie czekoladę z pieprzem sansho! Miała konsystencję bloku czekoladowego z zatopionymi w nim chrupkami, a na koniec, na języku, zostawiała ten charakterystyczny dla pieprzu japońskiego cytrusowy aromat.

...

A już wkrótce kolejna część alfabetu, a w niej soba, sushi i sashimi, wyjątkowe japońskie śniadanie, tempura, wasabi i inne!

Śliwka


czwartek, 12 maja 2016

"KRZAK TAK!" w Kukbuku



Miło nam ogłosić, że w kioskach jest już najnowszy Kukbuk, w którym znajdziecie nasz materiał "KRZAK TAK!".

Czas leci jak szalony! Zdjęcia, potrawy i przepisy przygotowywałyśmy rok temu w czerwcu. Śliwka była wtedy w ciąży i odliczała ostatnie dni do wielkiego powitania na świecie swojego syna, a i u Tosi się trochę pozmieniało. Miałyśmy wrażenie, że zanim zobaczymy efekty naszej pracy na papierze - miną całe wieki. Trudno powiedzieć gdzie się podziały te miesiące, ale się doczekałyśmy! Mamy nadzieję, że materiał przypadnie Wam do gustu, bo włożyłyśmy w jego opracowanie sporo serca.


Na warsztat wzięłyśmy dzikie kwiaty, które w maju i czerwcu nie tylko kuszą nas wyglądem i zapachem, ale także fantastycznie sprawdzają się w kuchni i pobudzają wyobraźnię.

Z kwiatów akacji (zwanej też robinią akacjową) proponujemy usmażyć delikatne placuszki z ricottą i serwować je ze smażonymi truskawkami. Druga propozycja to syrop z cukrem trzcinowym i wanilią, będzie świetnym dodatkiem do orzeźwiających lemoniad i cytrusowych drinków.

Aromatyczna dzika róża zainspirowała nas do ukręcenia różano-kokosowych lodów z pistacjami i upieczenia słodkiej baklavy z dodatkiem różanego syropu.

Śliwka wykorzystała czarny bez do nastawienia kwiatowo-cytrynowej nalewki, a Tosia zanurzyła baldachy bzu w cieście cydrowym i usmażyła na patelni, na koniec posypując je cukrem pudrem.


Trzymamy kciuki, aby udało Wam się znaleźć w tym sezonie dzikie kwiaty z daleka od ulicy i udało przetestować nasze przepisy. Do zobaczenia w kioskach :)

Śliwka i Tosia

środa, 13 kwietnia 2016

Wernisaż Food is Good - burczymiwbrzuchu w Sztuce Wyboru


Mamy nadzieję, że widzieliście już pierwszy film w historii burczymiwbrzuchu, z dumą publikowałyśmy go tutaj. Był on zapowiedzią niezwykłego eventu, do którego z przyjemnością dołączyłyśmy.

Dawid Majgat, utalentowany młody artysta zaprosił nas do współorganizacji swojego wernisażu o nazwie Food is Good. Impreza odbyła się 1 kwietnia w Sztuce Wyboru w Gdańsku. Można powiedzieć, że Dawid podjął się malarstwa kulinarnego. Naszym krokiem była luźna interpretacja jego prac w postaci przygotowania przystawek inspirowanych obrazami. Z kilkunastu prac wybrałyśmy 10 i każda z nas wymyśliła do 5 prac swoje przekąski, sugerując się nie tylko głównymi bohaterami na obrazie, ale także kolorami i kształtami.

Wymyślanie potraw było niezwykle kreatywną zabawą, a później równie miło było nam oglądać jak przekąski znikają z talerzy z prędkością światła. Swoją drogą warto wspomnieć, że te przepiękne ceramiczne talerze, które zobaczycie poniżej na zdjęciach, wykonała mama artysty (Aurora Pracownia Ceramiczna). Dziękujemy za zaproszenie i życzymy Dawidowi wielu sukcesów :)

Poniżej nasza interpretacja obrazów. Jeśli są chętni na przepisy poniższych dań to prosiłybyśmy o cynk w komentarzach, chętnie się podzielimy recepturami!

A więcej prac Dawida możecie zobaczyć tu.


Delicacy of salmon - Szpinakowa rolada z chrzanowym twarożkiem i wędzonym łososiem


 Tuna Volume - Tatar z tuńczyka w ogórku


Dr Tulp Cow - Krówki z solą i rozmarynem


Dr Tul Cow - Marchewkowe placuszki z serkiem philadelphia i wołowiną


Unlimited bacon - Mini bajgle z konfiturą z boczku i karmelizowanym jabłkiem


Native citizen - klopsiki z indyka z sosem pomidorowym


Duck hunt - Pieczone sajgonki w cieście filo z kaczką i pomarańczowym sosem słodko-kwaśnym


 Lord of the squids - Piwne placuszki z kalmarem i suszonymi pomidorami


czwartek, 7 kwietnia 2016

Wiosenne menu w Dwóch Zmianach w Sopocie


 Dzisiaj będzie trochę inaczej, zamiast kolejnego przepisu, chciałybyśmy podzielić się z wami relacją z pewnego wydarzenia, testowania nowego menu w Dwóch Zmianach, jednym z naszych ulubionych lokali na Monciaku w Sopocie. Miałyśmy to szczęście, że zostałyśmy zaproszene do przetestowania dań z nowej karty w formie małych przekąsek ( nie przestraszcie się, rzeczone dania znajdziecie oczywiście "normalnej" wielkości). Jako, że pewnie część z was jak co roku pojawi się w Sopocie na wakacje i naturalnie będzie spędzać czas w okolicy Monciaka, zdecydowanie możemy polecić Dwie Zmiany zamiast klasycznych, turystycznych miejscówek, w których zjecie mało finezyjne, oklepane dania.

Dwie Zmiany powstały dwa lata temu, w 2014 r. jako spółdzielnia socjalna założona przez grupę artystów (dokładny skład ekipy znajdziecie tutaj) i od razu podbiła serca zarówno mieszkańców jak i turystów. Lokal znajduje się bowiem w miejscu, w którym wcześniej, lata temu funkcjonował (niegdyś prężnie) legendarny Złoty Ul. Zachęceni wyglądem i klimatem knajpy wpadaliśmy tam ze znajomymi dość często prawie od samego otwarcia, bo powiemy wam szczerze, że w niewiele tego typu miejsc można znaleźć w Sopocie. Urzekła nas wyluzowana atmosfera (dania zamawiasz przy barze, więc nie ma tu klasycznej obsługi) i artystyczny chaos. No i jedzenie, które zaskakuje, gdyż miejsce na pierwszy rzut oka wygląda na zwykły pub z przekąskami. Z radością przyjęłyśmy więc zaproszenie do testowania nowej karty, bo poprzednią miałyśmy już obcykaną.  Dodatkową motywacją było to, że zmienił się szef kuchni, który postanowił pokazać swoje wiosenne inspiracje.



Jak można w skrócie podsumować nasze wrażenia? Po pierwsze jakość. Świetne ryby z Helu i Połczyna (wędzony halibut, szprotki, śledzie, dorsz), przepyszna kaczka, z której Dwie Zmiany już były znane w poprzednich odsłonach menu. Całość uzupełniona niezliczoną ilością ziół, kiełków i jadalnych kwiatów. Po drugie smak. Wszystkie dania charakteryzuje lekkość, świeżość i wyraziste doprawionienie. Będzie to szczególnie atrakcyjne podczas gorących dni, gdy nie w głowie nam ciężkie, tłuste potrawy. Po trzecie piękne kompozycje. Lubimy minimalizm i łączenie stylów i technik, a w Dwóch Zmianach na telerzu znajdziecie nieprzekombinowane połączenia wizualne. W końcu za talerz odpowiadają tam artyści, którzy znają się na rzeczy. I choć mamy trochę złośliwości w naturze i chciałybyśmy się do czegoś przyczepić, to poza niektórymi małymi szczegółami, po prostu nie ma do czego!

menu, którym nas ugoszczono:

I zmiana
śledź/ szprotka/ kawior

Całość stanowiła bardzo lekką kompozycję, choć złożona była z mocno wyrazistych smaków.

II zmiana
wędzony halibut/ gruszka/ musztarda-miód

Ciekawie podana sałatka w pergaminie z gruszką, pysznym wędzonym halibutem i fantastycznym dressingiem



III zmiana
soczewica/ pak choi/ salsa pomidorowa

W smaku rewelacyjne, a jak na wegańskie danie fajnie doprawione (bo zwykle w testowanych przez nas wegańskich daniach właśnie z tym jest problem). Jedyna uwaga- kotleciki z soczewicy mogłyby być bardziej zwarte

IV zmiana
bulion rybny/ łosoś/ dorsz/ komosa ryżowa

Zaskakująca w smaku, gdyż nie starczyło komosy i kucharz zdecydował się na ryzykowny ruch i dodał do zupy prażoną grykę, która nadała fajnego aromatu. Plusem tej zupy niewątpliwie było to, że nie była bardzo tłusta, jak to zupy rybne mają w zwyczaju.

V intermezzo
sałaty/ werbena/ oregano

Szybki przerywnik z fantastycznym dressingiem i nutą werbeny.



VI zmiana
polędwiczka wieprzowa SV (sous vide)/ owoce leśne/ potatki

Polędwiczka była idealnie wysmażona i chrupała za sprawą gruboziarnistej soli morskiej.

VII zmiana
kaczka SV (sous vide)/ burak/ gruszka

Fajna kompozycja, szczególnie przypasowały nam buraczki, jednak według nas zabrakło kontrastu, wszystki dodatki były zbyt słodkie, dobrze byłoby przełamać smak czymś kwaśnym



VIII zmiana
biszkopt/ krem/ rokitnik

kompozycja kruszonki z pieczonego ciasta szpinakowego i pestek dyni, mascarpone, biszkoptowego buraczanego ciasta i orzeźwiającego rokitnika



czwartek, 10 marca 2016

"Pan zakwas" w nowym Kukbuku


Kto mnie trochę zna, ten wie, że zakwas jest moim serdecznym przyjacielem. Swój zakwas żytni wyhodowałam jakieś 4 lata temu i od tego czasu jest moim wiernym kompanem. Nigdy mnie nie zawiódł, bo opiekuję się nim i regularnie go dokarmiam, a on odwdzięcza się pięknymi pęcherzykami.

Od czasu do czasu w mojej lodówce pojawiają się też inny koledzy, zakwas pszenny, zakwas orkiszowy, był nawet bezglutenowy. W okresie świąt także zakwas na barszcz, zakwas na żur, wiosną bawiłam się też w zakwas z botwinki. Dlatego było mi niezwykle miło przygotować materiał do najnowszego Kukbuka właśnie na ten temat.

Znajdziecie w nim przepis na klasyczny zakwas chlebowy, który możecie w takich samych proporcjach wyhodować z dowolnej mąki razowej (żytniej, pszennej lub orkiszowej). Oprócz tego jest też receptura na zakwas żurkowy, który można wyprowadzić z chlebowego oraz klasyczny buraczany.

Zakwas chlebowy jest na tyle uniwersalny w kuchni, że jego wykorzystanie nie musi zakończyć się na wypieku chleba. W przepisach proponuję imbirowe racuchy z jabłkiem, bliny (podobne są na blogu), babkę pomarańczową z syropem rozmarynowym, kremowy żurek z jajkiem w koszulce i pieczonym boczkiem. Z zakwasu buraczanego polecam kiedyś zrobić risotto i dodać jeszcze kiszone buraki, nie pożałujecie!

Do zobaczenia w kioskach :)






Tosia

poniedziałek, 7 marca 2016

Food is Good - burczymiwbrzuchu w Sztuce Wyboru


Nareszcie możemy pochwalić się wam pewną świetną sprawą, która dotychczas była niespodzianką!

1 kwietnia, wraz z Dawidem Majgatem i Sztuką Wyboru organizujemy wyjątkowe wydarzenie Food is Good (tutaj możecie sprawdzić szczegóły eventu na Facebooku: https://www.facebook.com/events/1544206569211904/ ), które będzie wernisażem inspirowanych jedzeniem prac Dawida, którymi to my się zainspirujemy tworząc jedzenie :)

Serdecznie zapraszamy wszystkich, nie tylko dlatego, że Dawid Majgat jest niezwykle utalentowany i warto zapoznać się z jego twórczością, ale również dlatego, że to jedna z super okazji spotkania się na żywo, poza światem wirtualnym :)

Zobaczcie filmową zajawkę!

środa, 13 stycznia 2016

Zimowe menu w Głównej Osobowej


Dzisiejszy wpis będzie nietypowy, bowiem zamiast pisać o domowym gotowaniu, opowiemy trochę o tym, co możecie zjeść na mieście. W Głównej Osobowej byłyśmy nie raz, nie tylko dlatego, że jedna z nas mieszka na tyle blisko, że mogłaby tam wpadać w kapciach. Jest tam po prostu smacznie, ładnie i kreatywnie. Brzmi trochę trywialnie, ale tak naprawdę to proste zasady, które sprawiają, że chce się tam wracać. Lokal urządzony jest w nowoczesnym, surowym i minimalistycznym stylu, co nam bardzo odpowiada. A latem działa jeszcze hipsterskie patio, które śmiało mogłoby znajdować się w Berlinie, czy w Oslo, a to wszystko w centrum modernistycznej Gdyni.

W zeszły czwartek miałyśmy ogromną przyjemność przetestować nową odsłonę zimowej karty. Kolacja została przygotowana na zasadzie menu degustacyjnego, w którym znajdowało się 10 pozycji. Dania były znacznie mniejsze niż będą serwowane w rzeczywistości, dlatego nie sugerujcie się w pełni zdjęciami, niech tylko pobudzą waszą kreatywność (tym bardziej, że były robione wieczorową porą przy sztucznym świetle).

A jeśli o kreatywności mowa, to załodze układającej zimowe menu na pewno jej nie zabrakło. Jest lekko, sezonowo i wbrew pozorom nieskomplikowanie. To proste smaki, lecz skomponowane w ciekawy i niebanalny sposób. Czyli dokładnie tak jak lubimy. A jak do tego możemy popijać idealnie komponujące się z daniami drinki, to lubimy jeszcze bardziej.

W kuchni Głównej Osobowej rządzi Krzysztof Grym i Olga Borkowska (sous-chef), a na barze króluje Dawid Gierjatowicz, znanym wszystkim jako Faroth.


Nie od dziś wiadomo, że kolację najlepiej zacząć porządnym aperitifem. Idealnie sprawdził się skomponowany przez Farotha Burol - zaskakująca wersja znanego koktajlu Aperol Spritz w wersji buraczano-pomarańczowej. Ziemisty i słodkawy posmak buraka może nie każdemu pasować, ale my jesteśmy zakochane w tej propozycji. W trakcie kolacji tak interesujących propozycji było więcej, gdyż, jak się okazało, kreatywność Farotha nie zna granic (w jednym z drinków używa on zalewy z anchovies!). Poza Burolem na stole pojawił się też French 75 (orzeźwiająca mieszanka prosecco, ginu i cytryny), Green Beast (absynt, cytryna, zielony ogórek), półwytrawna marsala oraz słodki, deserowy Rum Alexander (na bazie śmietanki i kakao). Część z nich znajdziecie już w zimowej karcie drinków.

Typ Tosi: Burol
Typ Śliwki: French 75


Ale przejdźmy do konkretów. Kolację zainaugurowały podpłomyki. Znane już od początku w Głównej Osobowej, tym razem będziecie mieli okazję przetestować między innymi w wersji z pastą z buraka i musem z wątróbki.I nie sugerujcie się widocznym na poniższym zdjęciu rozmiarem, podpłomyki będą nawet większe niż w poprzedniej karcie, zgodnie z życzeniami gości. To idealna przekąska do pochrupania (samemu lub wspólnie ze znajomymi) przy drinku lub piwie.

Typ Śliwki: podpłomyk z musem z wątróbki
Typ Tosi: podpłomyk z pastą z buraka


Kolejnym daniem na stole okazało się rillette, zwykle kojarzone raczej z kaczką lub wieprzowiną, tym razem w odsłonie drobiowej, z kurczaka. Na marginesie to ciekawy sposób na wykorzystanie mięsa z rosołu dla gospodarnej Pani domu, ale naszym zdaniem samo danie mogłoby być ciekawiej skomponowane smakowo. Na pewno świetnie sprawdziło się połączenie z piklowaną w cytrusach czerwona cebula, lecz mniej smakował nam ziemniak. Nie mniej jednak samo rillette zdecydowanie polecamy wypróbować! 

Później na stole pojawił się król wieczoru tatar wołowy. Aż nie możemy znaleźć odpowiednich słów, aby go opisać, to była czysta magia. Zaryzykujemy nawet stwierdzenie, że to jeden z lepszych, jakie jadłyśmy w życiu. Mięso wysokiej jakości, niezwykle ciekawy dodatek kawowego aioli, posypka z siemienia lnianego i płatków drożdżowych, chrupiący papier ryżowy zamoczony w demi-glace i palony por. Czego chcieć więcej? Niekwestionowany król kolacji, po którego będziemy wracać nie raz tej zimy.


Ale nie było czasu na zbyt długie kontemplowanie smaku tatara, gdyż nagle na stole pojawił się sandacz. Bardzo nam smakował, lecz nasze serce skradł podawany do niego dodatek, arancini z pieczarkami. Ta kremowa kulka z risotto najpierw cudownie chrupała, a następnie rozpływała się w ustach. Najchętniej na talerzu zobaczyłybyśmy z 10 takich kulek!


Gdy zrozumiałyśmy, że nasze żołądki powoli przestają mieścić kolejne propozycje, przed nami pojawiły się pierogi z jeleniem, sosem z wędzonej śliwki i piklowanym selerem. Jako wielkie fanki pierogów mamy wobec nich wysokie wymagania. Ale te zdecydowanie je spełniły- cienkie, miękkie ciasto i soczysty farsz, który dzięki śliwce fantastycznie smakował wędzonką i lasem. I tu mamy dobrą wiadomość dla żarłoków, takich pierogów będzie 8. Choć same wyznajemy zasadę, że im mniej tym lepiej, tym razem możemy zrozumieć dlaczego szef kuchni zdecydował się na ten krok.

Nasze typy: tatar i pierogi z jelenia 


Przy deserach uznałyśmy, że trochę miejsca się znajdzie (wszak zawsze jest miejsce na coś słodkiego). Za nie odpowiedzialna była Olga, która niesamowicie wywiązała się z zadania. Szczególnie zasmakował nam zapiekany pudding ryżowy z lodami sernikowymi. W tej niewielkiej porcji lodów było czuć wszystko, od masy serowej po kawałki kruchego spodu, a podniebienie rozgrzewała niewielka porcja wódki. Po prostu pycha!
Na sam koniec Olga zaserwowała nam zimową wersję crepes suzette-  naleśniki z masą makową w sosie pomarańczowo-karmelowym z orzechówką.

Nasz typ: zapiekany pudding ryżowy


Co tu dużo mówić, najadłyśmy się, napiłyśmy i wyszłyśmy mega ciekawe jakie inne niespodzianki szykuje dla nas zimowa karta w Głównej Osobowej. Dziękujemy cudownej ekipie tworzącej menu (widocznej poniżej) oraz Głównej Osobowej za zaproszenie i z całego serca polecamy wam spróbować tych smakołyków w najbliższym czasie.


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...